ARTUR RUMIŃSKI

Spokój i szczęście

Artur Rumiński to człowiek instytucja, najpierw na scenie metalowej, a od pewnego czasu również i eksperymentalnej, choć jak się okazuje oba te światy wzajemnie przecinają się od lat. Artur jest też moim serdecznym kolegą, z którym rozmowa za każdym razem jest niesamowitym doświadczeniem.

Rozmyślając wczoraj nad naszą rozmową dotarło do mnie, że przeszedłeś jako muzyk, zapewne jako człowiek również, spektakularną drogę, od gitarzysty w hardcore’owym nowojorskim zespole po gitarzystę międzygatunkowego. Wracałeś w głowie do tej drogi, jaką przeszedłeś przez lata?

Zdecydowanie kiedyś miałem jeszcze takie powroty, ale z myślą, co mnie ukształtowało muzycznie. Wszystkim, co się wydarzyło jeszcze przed wyjazdem do Nowego Jorku, kiedy grałem w metalowych, grindowych, czy dziwnych kapelach rockowych, jak byłem dzieciakiem. Zawsze kombinowałem z brzmieniem gitary, dziwnymi dźwiękami i tak to rosło aż doszło do momentu, w którym jestem teraz.

A na tej drodze jakie były punkty przełomowe?

Nie oglądam się za siebie. Cały czas idę do przodu i nie złapałem tego punktu przełomowego, wg mnie ciągle jestem w punkcie startowym. Zaczynam rozumieć co chcę zrobić i dzięki temu mam więcej planów muzycznych na przyszłość.

Zatem co chcesz zrobić?

Nie wiem właśnie. Teraz mam totalną frajdę z tego, że nie wiem, co przyniesie muzycznie przyszły rok. Wszystko u mnie zmienia się totalnie w ciągu paru miesięcy i dlatego cały czas mam zajawę z tego, że jest to wielka niewiadoma, ani nie wiem, w jakim kierunku to pójdzie. Nie skupiam się też na tym, tylko płynę z tym.

Kalendarz masz zapewne zapełniony bardzo do przodu, ale moim zdaniem jedną rzeczą jest zapełniający się kalendarz, ale drugą to, że cały czas tkwią tam rzeczy nie do końca zaplanowane.

W ostatnim roku miałem sporo propozycji kolaboracyjnych z muzykami spoza sceny rockowej i metalowej, ze sceny eksperymentalno-jazzowej. Dlatego bardzo się cieszę, kiedy wpadają takie nieoczekiwane, dziwne sytuacje, kolaboracje, improwizacje, bo dzięki temu rozwijam się.

A czy panuje moda na Artura Rumińskiego?

Nie mam pojęcia, naprawdę. Bez przesady.

Moim zdaniem, mimowolnie bądź nie, stałeś się takim Kubą Ziołkiem, ale dekadę później. Choć moim zdaniem w ówczesnym czasie aż za bardzo próbowano zmaksymalizować sukces Starej Rzeki. Ziołek pojawiał się wszędzie, grał z dużą ilością osób, był obsypywany nagrodami, pisano o nim dużo, gęsto i w różnych kontekstach.

Kubę znam i śledzę od początku kariery Starej Rzeki. Od początku do końca jestem fanem rzeczy, które robi. I wydaje się mi, że podobnie podchodził do tego, jak ja. Gra, jara się tym i nie patrzy, co ludzie myślą o jego popularności albo niepopularności. Granie różnej muzyki z różnymi ludźmi łączy. Widać to też na przykładzie jego płyt i przestrzeni dziesięciu lat, kiedy Stara Rzeka się ukazała, jaką robił muzykę wcześniej i jaką robi teraz. Nawet słuchając nowej płyty Starej Rzeki słychać, że to dwie różne rzeczy, które łączy nazwa. Ja mam podobnie, jest to dla mnie nowy muzyczny świat, który zawsze mnie interesował i dzięki któremu mogę zagrać koncert z Markiem Pospieszalskim, którego jestem fanem i który jest mega otwartą osobą na inne dźwięki. Gram z ludźmi, którzy przychodzą do mnie z uśmiechem na twarzy, znamy się, kumplujemy, bo od tego się zaczyna, a potem przechodzi na granie wspólnego koncertu albo powstanie z tego płyty. Nie ma też tego aż tak dużo, żebym nie wiadomo jak był rozchwytywany. Wszystkie kolaboracje zaczęły się od znajomości, tak po prostu, z koncertów, czy rozmów po koncercie, ja mam instrument, ktoś ma instrument, znamy się, nadajemy na podobnych częstotliwościach i automatycznie to robimy. Żadnych oczekiwań.

photo: Adam Malik

Jak zaczęła się twoja przygoda z graniem solowym?

Pierwsze materiały zacząłem wydawać w 2011 roku, czyli robię to dość długo, tylko nie miałem czasu i miejsca w głowie na granie solowe, krępowałem się, miałem tremę przed graniem solowym. Teraz też mam, ale już nie w takim stopniu jak kiedyś. No ale głównie grałem w zespołach, Thaw był wtedy regularnym zespołem, dużo działo się z Mentor i Furią. Miałem też stałą pracę, chodziłem na 10-12 godzin do roboty.

A na ile rozwój twojego solowego grania jest związany ze zmianą miejsca zamieszkania?

Na pewno miałem więcej przestrzeni, większy pokój, wcześniej mieszkałem w bloku. Jak chciałem pohałasować to szedłem do stodoły, albo do pracowni. A chyba za wcześnie mówić, czy to otoczenie działa na mnie, ale na pewno w jakimś stopniu i to rośnie, nagrałem jeden materiał z nagraniami terenowymi z mojej okolicy. I zobaczymy, co się dalej wydarzy.

Granie solowe, albo kolaboracyjne, poszukiwania na gitarze różnych dźwięków i rozwiązań, to bardziej szukanie odpowiedzi na pytania, czy ich zadawanie, żeby to słuchacz ich poszukał?

Nie myślę o słuchaczach w graniu solowym. Wszystko dzieje się bardziej dla mnie. Lubię wychodzić do ludzi i pograć, żeby wybrzmiało to w innej przestrzeni, ale te wszystkie eksperymenty to moja intymna zabawa. Przez lata używałem kostek gitarowych, przyszedł czas, że poznałem ich sporo, wszystkie wrzuciłem do jednego worka i nim mieszam, próbując dzięki nim i gitarze montować różne dziwne dźwięki. I wszystko działa na zasadzie prób i błędów. Nie ma tak głębokiej rozkminy.

Czyli dużo rzeczy pozostawiasz przypadkowi.

Tak, dokładnie. Granie solowe jest przypadkowe. Instrumentarium nawet jest takie, że nie potrafię go w 100% odtworzyć. Nie używam urządzeń cyfrowych, laptopa, ani programu do tworzenia muzyki, gdzie mogę wszystko odegrać. Wszystko, tak naprawdę, za każdym razem jest inaczej. Mniej więcej wiem, co się wydarzy, ale to zawsze poleci w jakimś innym kierunku.

Kiedy dostajesz propozycję zagrania i rozkładasz się z instrumentami, czy masz jakieś założenie, od którego zaczynasz?

Mam, ale wszystko weryfikuje początek koncertu, kiedy jestem tam i muszę zacząć grać. Poddaję się i lecę z tym. Coś zagram, siedzi mi to i buduję, odejmuję. Mam swoje patenty, mniej więcej wiem, co bym chciał uzyskać, ale jak mówiłem, przy tym instrumentarium jest to ciężkie do odtworzenia i często nie idzie w kierunku o jakim myślałem. Dzięki temu jest to zaskakujące, bo jest to właśnie moment tego, co przyniesie kolejne dziesięć minut. Czasem pojawiają się rzeczy, na które nie wpadłbym grając próbę w domu, bo prąd tak by nie popłynął.

photo: Adam Malik

Zauważyłem, że twoje koncerty mają określoną długość, po dwadzieścia, dwadzieścia kilka minut. Spotkałem się z tym, że muzycy np. w studiu włączają stoper i grają przez określoną ilość minut. Czy też masz z góry założone limity czasowe?

Tak, tak. To chyba najbardziej przewidywalna rzecz. Na początku seta odpalam stoper i trzymam się trzydziestu minut. Dzięki temu, stoper również stał się instrumentem i dyrygentem przez to, że widząc upływający czas potrafię rozłożyć dramaturgię na długość trwania seta koncertowego. Często przy takiej muzyce jest tak, że grając pięć minut wydaje się jakby grało się piętnaście minut, bo odleciałeś, albo coś wciągnęło na tyle, że nie czujesz upływu czasu. A dzięki stoperowi wiem, jak mogę to rozegrać. I moim zdaniem te trzydzieści minut wystarczy na to, żeby zatrzymać słuchacza i przyciągnąć jego uwagę, nie zmęczyć go ani nie przeciągać. To według mnie idealny czas na granie koncertów eksperymentalnych. Nie traci się skupienia, nie jest ani za długo, ani za krótko. Lepiej zostawić troszkę rzeczy niedociągniętych, niż przeciągnąć i zamulić.

I żeby słuchacz pociągnął temat we własnej głowie.

Dokładnie. Grając drony przez czterdzieści, pięćdziesiąt minut, to jest to fajne przez dwadzieścia pierwszych. A później traci się skupienie, nawet jeśli się to tobie podoba. Zaczynasz ziewać, rozglądać się, plecy bolą. Sam chodzę na koncerty i wiem, jak się wtedy czuję i jak to wygląda. Ale te trzydzieści minut, kiedy grają jeszcze dwie inne osoby albo ktoś jeszcze dodatkowo, to najbardziej optymalna opcja, żeby ludzie mieli siłę i weszli w to.

Trudno jest tobie rozproszyć się w trakcie grania? Czy też jesteś tak skoncentrowany, iż bodźce zewnętrzne, przemieszczający się ludzie, ktoś rozmawia, ktoś kaszle, że nie zwracasz na to uwagi.

W ogóle nie zwracam. Jeżeli zaczynam koncert, jestem na sto procent w tamtym miejscu. Tak naprawdę nawet nie patrzę przed siebie i nie widzę publiki. Mam też trochę roboty i na tym się skupiam. Jak gram koncert nie ma mnie dla nikogo, nikogo nie widzę i nie słyszę, tak naprawdę.

A nie masz poczucia, że zespoły, w tradycyjnym tego słowa ujęciu, w jakich grasz stanowią dla ciebie ograniczenie?

No tak, ale dlatego robię te solowe rzeczy. Uciekam w nie, ale dalej lubię grać. Gram z przyjaciółmi, jesteśmy ze sobą tyle lat, że super jest się spotkać, porobić nowe numery z kumplami, a później wsiąść do auta i pojechać na koncerty. Z tymi ograniczeniami radzę sobie uciekając w te wszystkie kolaboracje i solowe rzeczy. Na pewno podprogowe niespodzianki z zespołów regularnych, później też podprogowo przenoszę.

Nie bez powodu pytam o to ograniczenie. W swoim czasie byłeś rozpędzony, jeśli chodzi o granie zespołowe: Thaw, Furia, Mentor, Grieving. Te dwa zespoły mocno wyhamowały, skoncentrowałeś się na Furii, Thaw wydał płytę, zagrał koncerty i też się wycofał. A Mentor i Grieving zostały w tej sytuacji najbardziej poszkodowane.

Z Furią jedziemy jeszcze z płytą Huta Luna. Pogramy do końca roku i nie wiem, co się będzie działo w przyszłym. Z Mentorem akurat trafiłeś, bo nagrywamy płytę w sierpniu, wychodzi w grudniu i będą koncerty. Grieving od początku z założenia miał być projektem studyjnym, jest plan na drugą płytę, ale zobaczymy co się wydarzy. Z Thaw też się do czegoś przygotowujemy. Oczkiem w głowie jest teraz dla mnie nowa płyta ARRM, którą będziemy za tydzień nagrywać. Tak sobie to rozłożyłem. Wcześniej szybciej się to układało i potrafiłem to poskładać, ale widzę po płytach, że te trzy, pięć lat potrzeba, żeby wszystko zamknąć przy takiej ilości projektów. Natomiast wszystkie rzeczy, jakie wymieniłeś, funkcjonują, ale w różnym czasie.

photo: Adam Malik

Wspomniałeś o wybudzonym z letargu ARRM. Najpierw z koncertami, teraz z płytą. Jaki kierunek czeka słuchacza na najnowszym ARRM.

Na pewno instrumentalny. Wydaje się mi, że poszliśmy trochę dalej, mocniej nawet, mniej psychodelicznie, może trochę bardziej dubowo i jazzowo czasami. Co tu dużo powiedzieć, słuchacze wyrobią sobie zdanie, jak posłuchają. Materiał powstawał i oczywiście mieliśmy zawirowania personalne od strony perkusji i powstawał on w sumie na przestrzeni pięciu lat, ale docelowo nagrywamy w oryginalnym składzie, w jakim graliśmy od samego początku.

Zmiany personalne wpłynęły na muzykę, czy szło to innymi torami?

Nie no, jasne. Materiał powstawał w sumie z trzema perkusistami i od każdego wyszło coś nowego. Każdy nowy muzyk w zespole wnosi coś swojego i inspiruje nas czymś, czego nie słuchaliśmy. I zostawiliśmy te rzeczy.

Jakich emocji szukasz w muzyce?

Szczęścia i spokoju. Najprościej. Na przestrzeni lat zrozumiałem, że robię muzykę głównie dla siebie, żeby uszczęśliwić siebie, być spokojnym i mieć spokojną głowę.

A czy te naście lat temu zaczynając granie, szczęście i spokój były priorytetem, czy bardziej było to wyrażanie emocji typu złość.

Nie wiem czy złość, wykluwało się to z wszystkiego, ale nie było też robione z zaciśniętymi zębami, tylko działanie i robienie muzyki. Nie myślało się o emocjach, mimo że one były tak silne, że wszystko się z nich wykluwało i przelewało na instrument. Na pewno myślałem wcześniej o tym inaczej.

Więcej propozycji współpracy odmawiasz, czy przystajesz na nie?

Nie ma ich tak znowu dużo, ale wszystkie są super, dlatego je przyjmuję, ze świetnymi muzykami i super ludźmi. Jaram się tym, co przyniosą kolejne kolaboracje. Czuję się, jakbym dopiero zaczął grać koncerty i wszystko jest dla mnie bardzo świeże.

Czytając opisy twojej twórczości, jak chociażby anonsujące występy z Teo Olterem zacząłem odnosić wrażenie, że prostym rzeczom próbuje się nadać skomplikowany opis. Pojawiają się pojęcia: redukcja, mikroprzesunięcia, kontrolowany przester, zagęszczanie materii dźwiękowej, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w odniesieniu do człowieka, gitary i efektów.

Nawet już tego nie czytam, ale tak, rzeczywiście. Trochę już siedzę w scenie eksperymentalnej i kto kuma, ten kuma. Rozumiem, że jak ktoś przyszedłby totalnie z zewnątrz, nie mając nic wspólnego z mikroprzesunięciami, mógłby złapać się za głowę, o co chodzi. Z drugiej strony mógłbym zostać wrzucony do wora z napisem: drone, metal, ambient i postrock, coś jak Sunn O))) i Sigur Ros. Opisy muszą być i tak nikt tego specjalnie nie czyta.

A czy takie materiały, jakie nagrałeś z Marmurem da się w jakikolwiek sposób zaplanować od strony formalnej? Ciężko mi sobie to wyobrazić od strony twórczo-wykonawczej. Kiedy w przypadku takich form bez formy znaleźć jej koniec?

Marmur jest też wyjątkowym przykładem grania i kumplowania się z drugą osobą i mówię tu o Maciu Morettim, którego uwielbiam i grając z nim nawet nie rozmawiamy o tym, co będziemy grać, jak będziemy grać, z jaką dynamiką. Po prostu siadamy i w czasie koncertu rozmawiamy ze sobą używając dziwnych instrumentów. Muzyka kompletnie bez żadnego planu, bez kalkulowania, rozmawiania o niej.

photo: Adam Malik

Które z przedsięwzięć, w jakie jesteś albo byłeś zaangażowany jest dla ciebie najbardziej wymagające?

Chyba żadne, tak naprawdę. Stresowałem się przed każdym, były to pierwsze spotkania muzyczne, ale nie było nic takiego, co przycisnęłoby mnie do ściany i musiałem się mocno gimnastykować, bo też nie podchodziłbym do czegoś takiego licząc, że coś jest dla mnie za ciężkie, stracę przy tym za dużo energii i zamiast zabawy będę miał więcej stresu.

Jak na ciebie wpłynęło granie na deskach scenicznych, kiedy masz do czynienia z większym przedsięwzięciem, z bardziej rozbudowaną logistyką potrzebą dość dużego skupienia?

Granie na deskach scenicznych nauczyło mnie przede wszystkim ogromnej dyscypliny i koncentracji. W teatrze każdy detal ma znaczenie  od precyzji ruchu po uważność na aktorów i rytm całego spektaklu. To doświadczenie bardzo pomaga mi przy większych przedsięwzięciach, gdzie logistyka jest bardziej złożona, a presja wyższa. Dzięki graniu w spektaklach nauczyłem się zachowywać spokój w wymagających warunkach i lepiej zarządzać swoją energią oraz skupieniem.

Jesteś odpowiednią osobą do odpowiedzi na poniższe pytanie: mój blog nazywa się Podążanie Za Dźwiękiem. Co to dla ciebie oznacza?

Wydaje się mi, że cały czas to robię. Może teraz bardziej świadomie podążam za dźwiękiem, on mnie cały czas ciągnie i trzyma w tym wszystkim. To jest stała odpowiedź na robienie muzyki i działanie w tym światku. Spotkałem się z ludźmi, którzy podobnie myślą, bo dzięki temu to wszystko powstaje.

Posłuchaj: https://arturruminski.bandcamp.com/

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *