ZU

Czas okrucieństwa

Rozmawialiśmy 2 stycznia br. Poniżej znajdują się obszerne, ale jednak fragmenty. Temat nowej płyty ZU Ferrum Sidereum miał być jednym z wielu, okazał się przeważającym. Dobrnęliśmy do tematów, które na prośbę mojego gościa pozostaną między nami. Jedni nazywają to kwestią zaufania, inni magią. A temat magii w rozmowie z Massimo Pupillo pojawił się kilkukrotnie, ale po kolei…

Opowiedz o pierwszej płycie przesłuchanej w tym roku.

O mój boże. Moja żona jest tutaj, podpytam ją… Pamiętam, że w aucie słuchałem Dead Can Dance Aion. Nie powiem, czy to było jeszcze w starym roku, czy już w nowym. Wczoraj wieczorem słuchałem natomiast Coil. Cały czas to samo.

Z pozoru to proste pytanie, acz kiedy zadałem je sam sobie, okazało się być trudne. W zasadzie, sam nie wiem, czego posłuchałem w nowym roku najpierw. Możliwe, że było to nowe ZU, a może jakaś z twoich solowych płyt.

Wczoraj słuchałem np. polskiego zespołu.

Pamiętasz nazwę?

Ciśnienie Angry Noises.

A to ciekawe, była to pierwsza nazwa, jaka wpadła mi do głowy. Tak w ogóle macie w tym roku niezłe towarzystwo, dziś ukazał się nowy Ulver.

Dotarło do mnie, że w krótkim czasie wychodzą nasze płyty.

Nie wiem, czy już miałeś okazję posłuchać, ale można rzec, iż to taki typowy, syntezatorowy Ulver.

Znam jedynie single. Przypominają trochę The Cure, co uznaję za komplement. Ścieżki basu, samo brzmienie przywodzą na myśl ich twórczość z połowy lat 80. Trochę też New Order.

W ogóle byłeś zaznajomiony z ich twórczością przed dołączeniem do House Of Mythology?

Niezbyt. Nasz nagłośnieniowiec jest wielkim fanem. W szczególności Shadow Of The Sun. Puszcza nam kiedy jesteśmy w trasie i przemieszczamy się. Przyznam się, że niespecjalnie zaliczam się do fanów muzyki metalowej. Uważam natomiast Messe za arcydzieło. Poświęciłem jej naprawdę dużo uwagi.

Zabawne jest to, że Ulver nie grając metalu od dekad wciąż jest postrzegany za zespół metalowy. Podobnie zresztą, jak ZU, które nigdy metalowe nie było.

To prawda.

Natomiast pamiętam, jak znajomi metale zasłuchiwali się w ZU. Co było dość zaskakujące.

Pewne elementy w brzmieniu da się znaleźć. Kiedy graliśmy trasę z Fantomas miało to sens. Coś łączyło oba zespoły i było ciekawie. Pasujemy do wielu gatunków. Choć rozumiem potrzebę szufladkowania, to ciągle się z nich wymykamy i zmieniamy. Będąc na trasie, każdego wieczoru widzimy plakat z koncertu i zawsze pojawia się przy naszej nazwie inny gatunek muzyki. Podczas ostatniej trasy, nie pamiętam już gdzie, zaklasyfikowano nas jako ambient noise. Zastanawialiśmy się, co to może oznaczać.

photo: Marco Franzoni

Ludzie lubią nazywać rzeczy. Przygotowując się do tej rozmowy przeglądałem dosłownie jeden wywiad z wami, zresztą dla polskiego medium, gdzie stwierdziliście, że nie gracie ani jazzu, ani free. Zdumiałem się początkowo, uważałem wręcz przeciwnie, lecz im więcej posłuchiwałem wcześniejszych albumów rzeczywiście miało to sens, utwory mają struktury, początek i koniec, a wszystko pomiędzy jest międzygatunkowe.

Nie znajdziesz u nas ani jednego improwizowanego dźwięku. Wszystko jest zamknięte, całkowicie zaplanowane. Jednak w związku z tym, że ludzie zwykli słuchać muzyki bardzo zaszufladkowanej, z jakichś względów opartej na tempie 4/4, każdy gatunek jest grany na 4/4. Z pewnymi wyjątkami, np. Meshuggah, Tool albo zespoły prog-metalowe. Jeśli tylko usłyszą coś granego w innym tempie, na dodatek z udziałem saksofonu, z miejsca uznają to za jazz i free. Niekiedy jesteśmy pytani po koncertach ile tam było improwizacji, podczas gdy każdy pojedynczy kick jest zagrany z basem, a każdy werbel z wysokimi tonami. Wszystko zostało napisane, bylibyśmy idiotami próbując to improwizować. Nie ma takiej możliwości. Jednak z braku umiejętności nazwania tego, pierwszą reakcją jest free. Nie jesteśmy jazzmanami, ani do tego nie pretendujemy, nie wywodzimy się z tej tradycji, a nawet nie znamy jej historii. Przede wszystkim należy odnaleźć coś swojego, a kiedy się to uda, podąży za tym własna historia. Jak wspominałem, wczoraj słuchałem Ciśnienia i odkryłem w nich coś ze Strawińskiego, wpływy wschodnioeuropejskiej muzyki klasycznej, nawet jeśli to ciężka, elektryczna muzyka. Nie nazywam jej rockiem, gdyż według mnie to muzyka amerykańska, jest interesująca, grają na instrumentarium elektrycznym, niełatwo ich zaszufladkować, na dodatek pochodzą z Polski, a rozpoznałem w nich smaki, tematy oraz tempa wywodzące się z muzyki klasycznej. I to właśnie historia, jaką opowiadają.

Ciekawe, iż wymieniłeś Meshuggah i Tool, ponieważ kiedy znajomy zapytał mnie o opisanie nowego ZU odpowiedziałem, aby spróbował wyobrazić sobie połączenie rytmiki i ciężkiego basu Meshuggah z dźwiękowymi pejzażami i sposobem myślenia Tool. Im więcej słucham Ferrum Sidereum tym upewniam się, iż podałem mu właściwe tropy.

Dokładnie. Nie istnieje wiele czołowych zespołów, do których moglibyśmy się odnieść, ale te dwa z pewnością się do nich zaliczają. Oczywiście stanowią inspirację. Meshuggah i Tool to jedyne zespoły tzw. metalowe, których słucham. Odwołujemy się także do twórczości King Crimson z wczesnych lat 70. i płyty Red. Rzecz jasna nie porównujemy się, ale uznajemy za wzorzec muzyki ciężkiej, przykład wolności w każdym aspekcie: harmonii, melodii, tempa, barwy dźwięku, kompozycji. Fascynuje nas twórczość odważna i śmiała. Pisząc ową muzykę nie myśleli o wynikach sprzedaży. Na pewno nie na pierwszym miejscu, może czwartym bądź piątym, ale tworząc taki album to nie jest najważniejszy czynnik. Zresztą da się to usłyszeć, choćby w ekspresji wykonawczej. Kiedy zaczęliśmy tworzyć Ferrum Sidereum momentalnie wiedzieliśmy, iż te kompozycje będą długie i nie ma możliwości, abyśmy je skrócili. W związku z tym uświadomiliśmy sobie, że będzie to album podwójny. Doprawdy nie zwracaliśmy uwagi, że jakiś numer powinien mieć krótszy wstęp albo być bardziej zwarty ze względu na algorytmy. Wymienione przeze mnie zespoły prawdopodobnie również zostały zainspirowane tym okresem twórczości King Crimson, podążając podobną ścieżką i wplatając w nią własny sposób myślenia. My byliśmy mocno skupieni, aby tego nie powielać, ale też by niekoniecznie brzmiało to jak ZU, jak coś czego oczekuje od nas słuchacz. Po prostu pokazaliśmy co tkwi w naszym wnętrzu, co dla mnie wciąż jest nieodgadnione i nie wiem, jak to wyciągnąć. Kiedy graliśmy próby z tym materiałem przygotowując się do trasy, zadawałem sobie pytanie, czy to naprawdę my napisaliśmy i jak to w ogóle możliwe. Nie mieliśmy takiego zamiaru, jakbyśmy uczyli się od początku czegoś, co jest poza nami.

Rzeczywiście, da się wyłapać, że to ZU, acz w porównaniu z przeszłymi nagraniami to całkiem nowa muzyka. Najbardziej zróżnicowana płyta z dotychczas nagranych, od samego początku do ostatniego dźwięku, nie ma dwóch identycznych chwil ani nastrojów. Natomiast łącznikiem między utworami jest brzmienie, masywne i dystynktowne.

Interesujące są opinie o tym albumie słyszane z dystansu. To co powiedziałeś jest zaskakujące, ale dające mi inną perspektywę, jeszcze nieodkrytą. Byłem za bardzo wewnątrz, a teraz ucząc się tych numerów na nowo, zaczyna to do mnie docierać. Z racji tego, iż to album koncepcyjny będziemy grali go od pierwszego dźwięku do ostatniego, w identycznej kolejności, gdyż stanowi monolit. A kiedy już to się wydarzy odkryjemy go całkiem na nowo. Tworząc, nadajemy utworom tytuły robocze, niekiedy są to nazwy zespołów. W tym przypadku, na całym albumie, był tylko niewielki fragment, przypominający przeszłe dokonania ZU. Muszę przyznać, że na płycie jest jeden fragment rytmu, który wzięliśmy na warsztat dla żartu i został zaczerpnięty z The Police, tak też został nazwany, a że pasował to go zostawiliśmy.

photo: David Bertolaso

Od początku było jasne, że powstaje album dwupłytowy? Żyjemy w czasach, kiedy płyty są coraz krótsze. Typowa długość skurczyła się do mniej, niż półgodziny. Nie wyobrażam sobie, że usiedliście i głosowaliście nad nagraniem takiego kolosa. Oczywiście może się to wydarzyć w przypadku zespołu, który w warstwie tekstowej ma do opowiedzenia długą historię i wymaga ona odpowiedniej długości. Natomiast jesteście zespołem instrumentalnym, kiedy stało się jasne, że będzie to więcej, niż jedna płyta?

Ta historia składa się z dwóch części. Jedna odnosi się do skrócenia płyty, którego musieliśmy dokonać, co wymagało od nas dużego wysiłku, gdyż numery były jeszcze dłuższe. Najkrótszy miał coś około czternastu minut. Nazwaliśmy to czasem okrucieństwa i cięliśmy wszystko, co nie pasowało do historii, przekładając to na komfort grania. Powiedzmy, że drugie części tych kompozycji zostały powycinane, żeby zmieścić się na dwóch krążkach. Żartowaliśmy, iż może powinniśmy wysłać do wytwórni wszystko i poinformować ich o albumie trzypłytowym. Na początku pisaliśmy bez myślenia o tym. Tworzyliśmy codzienne, przez cały dzień, od końca sierpnia do lutego. I zawsze znalazło się coś interesującego, co zostało zarejestrowane. W lutym zrobiliśmy kilkutygodniową przerwę, po której zaimportowałem wszystkie sesje. Od sierpnia do listopada nie ostało z nich nic, aż w końcu coś przyciągnęło moją uwagę, posłuchaliśmy, uznaliśmy za naprawdę dobre, za poprzeczkę, którą dalej musimy już tylko przeskakiwać, wszystko poniżej trafia do kosza. Zaczęło się bezlitosne wycinanie. Koniec końców ostały się właśnie te rzeczy. My tylko graliśmy i graliśmy, zdarzało się, iż przez kilka dni w określonym tempie, a pomysły były do siebie podobne. Po tym wyizolowaliśmy ślady w Pro Tools składając je w utwory. Wszystko do siebie pasowało. Problemem okazała się długość. Jeden numer miał czterdzieści minut długości, działo się w nim tak dużo. Od tamtego momentu zaczęło się skracanie i ponowne ogrywanie, już w ramach kompozycji. 1 lutego ubiegłego roku stało się jasne, iż to będzie wydawnictwo dwupłytowe. Nie było najmniejszej możliwości, żeby zmieścić się w jednym. Daliśmy sobie deadline, zaklepaliśmy studio, żeby już nie myśleć za bardzo i nie pogubić się w tym wszystkim, po czym zaczęły się próby, cięcie, aż jasnym stało się, że mamy jedenaście pasujących do siebie piosenek.

Trudnością było ułożenie kolejności tych utworów?

Nie, z pewnych dziwnych powodów i nie sądzę, aby tak się zazwyczaj działo, wszystkie utwory oprócz ostatniego powstały dokładnie w takiej kolejności, w jakiej znalazły się na płytach. Kiedy stało się jasne, że pierwsza piosenka będzie otwierająca, reszta poszła już gładko. Powstały w tej kolejności, zostały nagrane w tej kolejności, a na końcu zostaną w niej zagrane.

A czy był to proces wyczerpujący? Mieliście do czynienia z długim wydawnictwem, do opowiedzenia długą historię, zawartą w niekrótkich kompozycjach, opartych na niełatwych rozwiązaniach. Wszystko to składa się na wymagający proces, czerpaliście w ogóle radość z tworzenia, czy też po zakończeniu prac z ulgą przyjęliście, iż już po wszystkim.

Nie uważam, żeby był w ogóle wyczerpujący. Przez cztery lata była o nas kompletnie cicho. Przez ten czas praktycznie nie funkcjonowaliśmy jako zespół. Zagraliśmy jedynie trasę z Yoshida pod nazwą RuinsZu. Kiedy podjęliśmy decyzję o komponowaniu, momentalnie w to weszliśmy, nawet nie mając świadomości jak wiele mamy do przekazania, pod kątem własnej jakości, jak i dziwności poprzedzających lat, nie tylko sobie samym, ale też ludziom z zewnątrz, żeby poczuli z nami jedność. To pierwszy z powodów. Drugim była całkowicie przyjacielska atmosfera w jakiej się to odbywało. Nie tylko między nami, ale całą grupą osób. Zespół to nie tylko nasza dwójka. Marc – producent to nasz stary przyjaciel, studio w Bolonii wybraliśmy dlatego, iż dwóch pracujących w nim inżynierów dźwięku jest naszymi bliskimi przyjaciółmi, ciepłymi i wspierającymi. Chłodny profesjonalizm nie miał racji bytu. Moja żona każdego dnia pobytu w studio gotowała rano każdemu z nas posiłek. W przerwie na obiad nie było potrzeby opuszczania go, każdy miał opakowanie z przygotowanym pysznym jedzeniem. Dzięki temu czas płynął szybko, a wszyscy czuli, iż ma miejsce coś istotnego. Jak wiesz, mam śródziemnomorską duszę, podejrzewam, że po części również polską. Jesteśmy ludźmi tragicznymi, w dobrym sensie, pochodzącym od greckiej tragedii. Nie wiemy, jaka czeka nas przyszłość, żyjemy w delikatnych czasach, to nie jest biznes jak każdy, że wydaliśmy album, a za rok czy kilka wydamy kolejny. Tak to nie działa. Nie mam na myśli nawet wojny, lecz warunki ekonomiczne. Nagrania opłaciliśmy z koncertów zagranych latem. Ekonomia na nas nie poczeka, rządzi się swoimi prawidłami, co odczuwamy na własnej skórze. To delikatne kwestie i nie jest to po prostu kolejna płyta. Jeśli miałaby być naszą ostatnią, godzę się z tym, ponieważ jest zbiorem wszystkiego, co się wydarzyło, włączając w to najbardziej eksperymentalne i elektroniczne rzeczy, jakie wyszły spod naszych rąk. Ciągle to ZU. Mandala życia, w jakim funkcjonujemy. Ten album obejmuje wszystkie jego aspekty. Żyję nim, jest tak istotny, że zamiast wyczerpania mogę czerpać z niego jedynie radość.

Dotknąłeś istotnej kwestii. Moja narzeczona nie rozumie muzyki jaką tworzę. Być może jest dla niej zbyt mroczna i jest to okej, ale uważam za ważne, aby tworząc lub nagrywając wymagającą muzykę, która nie jest błahym popem, czuć się zaopiekowanym, zrozumianym, że to nad czym pracujesz zabiera masę czasu, a w studiu ważne jest, aby czuć się komfortowo i mieć, jak w twoim przypadku, małżonkę gotującą posiłki żebyście poczuli się w tych krótkich chwilach jak w domu i nie zwariowali. A w efekcie powstało coś, co nie jest wymuszone.

Dużo myślałem nad tym, co powiedziałeś, to bardzo istotne. Stresujemy się cały czas, czy to wydając album, czy przed koncertami. Nie przesadzę mówiąc, iż wykonujemy muzykę uduchowioną. Wkładamy w nią nasze dusze, nie wyobrażam sobie walczenia z tym. Zawsze mam w głowie naukę płynącą z Bhagawadgita, aby robić rzeczy, żeby czerpać radość z tego, co się zrobiło, a nie jakie owoce zostaną zebrane. One przyjdą w swoim czasie. W to co robisz powinno się wkładać ogrom miłości. Niekiedy pada pytanie, czy muzyka jaką wykonujemy jest polityczna, ale co politycznego jest w spędzaniu wielu godzin na nieustannej pracy? Pewnie, zarabiamy na koncertach, lecz setki godzin spędziliśmy na pracy, za którą nie mieliśmy zapłacone, każdego dnia, w pełnym wymiarze godzin. Grasz próby, wracasz do tego, komponujesz, znowu wracasz, to jest kreatywne, stoi jednak za tym też aspekt logistyczny i nie da się robić tych rzeczy nie kochając tego. To najbardziej niekapitalistyczny aspekt, brak wynagrodzenia za wykonaną pracę. A coś może ewentualnie zwróci się z tego później, jest to mile widziane i wspaniałe, pozwala ciągnąć ten wózek dalej. W naszym przypadku myślenie przez pryzmat ilości sprzedanych płyt nie ma racji bytu. Nie ma możliwości abyśmy myśleli przez pryzmat kariery. Nie ma na to szans. Nie koncentrujemy się na planowaniu, iż w tym roku zagramy trasę w małych klubach, a w przyszłym zawładniemy dużym scenami. Nie można tak robić. Jeśli zaakceptujesz ten tok myślenia, rezultaty będą słyszalne w tworzonej muzyce. W każdym z nas jest duże poczucie wdzięczności. Granie dziwnej muzyki, pochodząc z Włoch, nie będąc anglosasem, mogąc jeździć przy tym w trasy jest absolutnie fantastyczne, nie można przyjąć tego za coś oczywistego, można to wyrazić jedynie wdzięcznością za tę sposobność.

Pamiętam, że kiedy wydałem pierwszy album jeden jedyny raz miałem wobec niego oczekiwania i zawiodłem się. Później jednak nagrałem płytę, tak jak wy, z Eugene Robinsonem. Jestem mu za to wdzięczny. Pamiętam jak zagrał z Oxbow w małym klubie w niezbyt dużym mieście kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Od razu pomyślałem, że ten gość w wąsach jest nieźle pojebany. Kiedy stworzyłem muzykę pomyślałem, że powinienem zapytać go, czy zechce się dograć. Nie miałem żadnych oczekiwań, miałem świadomość, jak ważna to osobowość na scenie muzycznej. Napisałem do niego maila, na którego odpisał po kilku godzinach prosząc o przesłanie muzyki. Po kilku minutach odpisał, że wchodzi w to. I nie czekałem miesiące na jego ślad. Po może kilku tygodniach przesłał gotową opowieść, w swoim stylu. Jestem przekonany, że chwila w której miałbym jakieś oczekiwania zakończyłaby to fiaskiem. Kiedy posłuchałem Left Hand Path, a było to w podobnym czasie pomyślałem sobie, że to piękne. Jest sobie zespół z Włoch, o legendarnym statusie jak ZU, z drugiej strony jest jakiś gość w Polsce, który w małym mieście nagrał płytę i dzielimy tego samego wokalistę. Wówczas zrozumiałem, że jak działa magia w muzyce. I stałem się wdzięczny, iż to się zadziało. A później spotkaliśmy się po raz pierwszy na żywo, i jakbyśmy znali się całe długie lata, siedząc w pubie zrywaliśmy boki ze śmiechu.

Tak, tak, tak. Eugene jest jednym z tych ludzi. Nosi w sobie dużo historii, tak ja powiedziałeś. Kiedy pojawiła się sposobność współpracy daliśmy mu jedynie wektor by mógł wyrazić to, co nosi wewnątrz. Pamiętam, że byłem zaskoczony tym, co usłyszałem. Kompletnie tego się nie spodziewałem.

photo: David Bertolaso

Zastanawia mnie, dlaczego pozycja perkusisty w ZU jest tak niestabilna?

Z powodów praktycznych. W przypadku Gabe’a nie było możliwości, żeby latał cały czas w jedną i drugą stronę. Nawet jeśli nasza współpraca wyniknęła naturalnie. Nasz oryginalny perkusista odszedł, mieliśmy przerwę, podczas której wybrałem się do Stanów po kilkuletniej przerwie, a Gabe mnie zaprosił. Byłem tam z niemuzycznych względów, przez dwa miesiące studiowałem u tybetańskich nauczycieli. W wolnym czasie Gabe napisał, żebym wpadł do odwiedzić i trochę pograć. A to co graliśmy brzmiało jak ZU. Zapytałem, czy mogę wysłać nasze nagrania do Luki żeby dołożył saksofon. Tak się zaczęło. Nieoczekiwanie pojawiły się koncerty, o których nie myślałem. Nie było możliwości, żeby to wypaliło na dłuższą metę, przylatywał na kilka koncertów, wracał do siebie i tak w kółko. Jeśli bylibyśmy dużym zespołem łatwiej byłoby to utrzymać, a w tej konfiguracji aspekt materialny przeważył. Może problem leży w tym, iż z Luką przyjaźnimy się od czternastego roku życia, jesteśmy od tamtego czasu ze sobą blisko. Kiedy dzielisz z kimś pewne sytuacje życiowe, znaczy to coś więcej, niż tylko zespół, to braterstwo. I tak mocna więź może być dla innej osoby zbyt uciążliwa. Dlatego też przez tak długi czas graliśmy materiał z Carboniferous. Nie klikało nam od strony kreatywnej z innymi wspaniałymi perkusistami, z którymi graliśmy. Od 2020 do 2024 panowała u nas kompletna cisza. Widywaliśmy się, jednak nie rozmawialiśmy o ZU. Dopóki z różnych powodów nie przeprowadziłem się do miejsca, w którym mieszkam do dziś i zacząłem grać z Paolo, Luca też zaczął z nim pogrywać, zresztą byli bardzo dobrymi przyjaciółki już wcześniej, a to dało dobry punkt wyjścia, gdyż ta muzyka pozwoliła wyrażać nam wszystko. Nie można spędzić ze sobą takiej ilości czasu nie kochając siebie nawzajem i czując się w swoim towarzystwie komfortowo, w zimnej piwnicy tworząc dźwięki, współdzieląc myśli, impresje, wrażenia z pracy lub życia. W innym przypadku nie będzie to tego warte, a wspólne spędzanie roku czasu we wspomnianej piwnicy stanie się bezcelowe. Nasz zespół działa długo, a relacje bywają czasami trudne, mimo to jesteśmy szczęśliwi, że możemy wciąż to robić, mimo wielu, również personalnych zmian. Nie jesteśmy tymi samymi osobami, jak wtedy gdy zaczynaliśmy. Nie da się być cały czas dwudziestolatkiem. Zresztą znaczyłoby to, iż coś jest nie tak. Osobą, która dba o merch, logistykę, finanse jest mój przyjaciel ze szkoły. Wyobraź sobie, jaką mamy historię. I wciąż chcemy siebie widywać. Nie jesteśmy jednym z tych zespołów, które wolą czas spędzać osobno. Nie przywołam lepszego słowa, ale jesteśmy naprawdę szczęściarzami będąc tu, gdzie jesteśmy obecnie.

Od strony technicznej z jakiego rodzaju perkusistami lubisz grać, jako basista?

Działam instynktownie. Rzucam jakiś pomysł oparty na dziwnym metrum i cenię bębniarzy potrafiących dać solidny fundament i różne możliwości. Opiera się to na czuju, czy powinniśmy powtórzyć określoną frazę, albo wejść w nią mocniej. Wówczas wiem, czy coś z tego będzie. Tych czynników jest tak dużo. Istotny jest podobny gust. Lubimy Billa Bruforda, Johna Wettona. Niekiedy Paolo pytał mnie, jak ma zagrać. Odpowiadałem, że tak jak szalona wersja Billa Bruforda.

A byłeś kiedykolwiek zaskoczony końcowym rezultatem sesji nagraniowej?

Tak.

Kiedy?

Marc zabrał ze sobą wszystkie ścieżki do Nowego Jorku. I po pewnym okresie ciszy odesłał nam je obrobione. Wyprodukował je mocarnie. Na tym albumie stał się członkiem zespołu. Mógł użyć takich środków wyrazu jakie tylko chciał, stąd masa efektów, pogłosów. W studio nie mieliśmy czasu rozmawiać, ani zastanawiać jaka powinna być dramaturgia w określonych momentach. A on nie tylko doskonale to zrozumiał, ale i wcielił w życie. Golgotha była pierwszą piosenką jaką dostaliśmy. Zrobiło się już ciemno, a po przesłuchaniu wiedzieliśmy, że nie moglibyśmy prosić o coś więcej. Zaskoczenie było olbrzymie. Byliśmy tak zanurzeni w procesie twórczym, iż potrzebowaliśmy ucha z zewnątrz, które powiedziałoby, że dany utwór jest gotowy. Prawie wszystko zarejestrowaliśmy na żywo. Nie mam pojęcia które podejścia wykorzystał: pierwsze czy drugie. Nie robiliśmy więcej niż trzy. Potrafił powiedzieć: jest w porządku, a kiedy oponowaliśmy, że są niedociągnięcia odpowiadał, żeby mu zaufać. Niekiedy zadawaliśmy sobie pytanie, czy powinniśmy mu zaufać, ale koniec końców nie mieliśmy wątpliwości. I miał rację. U wielu zespołów rozchodzi się o perfekcję, nie u nas. Chodzi o uchwycenie tego czegoś. Jeśli to było – mówił o tym, jeśli nie – też mówił. Nie interesowały go niedociągnięcia, które słyszeliśmy tylko my.

photo: Marco Franzoni

Pamiętam, że w przeszłości pomyłki były czymś strasznym. Do czasu, kiedy przeczytałem słowa Milesa Davisa: jeśli popełniłeś błąd, podąż za nim. Poszedłem za tą myślą, niekiedy wrzucałem rzeczy do kompozycji ot tak, przypadkowo, co w rezultacie okazywało się świetnym rozwiązaniem. A kiedy pojawił się błąd, otwierał mi on drzwi do czegoś nowego, nieoczywistego, co otwierało kolejne ścieżki i koniec końców byłem wdzięczy za niego wdzięczny.

Spójrz ile zaufania za tym idzie, zaufania do siebie samego i w sensie ogólnym. W innym przypadku staniesz się control freakiem o wybujałym ego. A to pociągnie słyszalny brak świeżości, powietrze, cała magia uleci.

Jesteś control freakiem?

Absolutnie nie.

Byłeś?

Nigdy.

Szczęściarz. Byłem nim dopóki nie poczułem, jak to przeszkadza i to odpuściłem, co pociągnęło za sobą wolność. Potrzeba kontroli wiąże się z oczekiwaniami oraz wiecznym niezadowoleniem z siebie i z innych. Kiedy to puściłem, uleciały też oczekiwania, a najlepsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy pozwolimy im, aby się zadziały same z siebie.

I zdajesz sobie sprawę, iż to zupełnie inna dziedzina. Niektórzy wciąż będą nazywali to muzyką, lecz to coś całkiem odmiennego.

Mój blog nazywa się Podążanie Za Dźwiękiem. Co to dla ciebie oznacza?

Ile mam godzin na odpowiedź? Podążanie za dźwiękiem jest wszystkim, ok? Na początku było słowo. A dla mnie i dla nas na początku był dźwięk. Z jakichś względów uczysz się go słuchając. W moim przypadku był to wczesny wiek nastoletni. Podążyłem za dźwiękiem i czynię to przez całe życie przez odwiedzanie sklepów muzycznych, chodzenie na koncerty. Nie chodzi o uczenie się, a znalezienie drogi do przeobrażenia. Zawsze szukałem muzyki będącej wyzwaniem, nieistotne czy był to industrial, muzyka współczesna, ambient. Wszystko to było wyzwaniem dla sposobu mojego myślenia. Potrzebowałem tego. Zrozumiałem, że jest to coś czego potrzebuję. I przechodzi to przez całe moje ciało. Przypominam sobie, jak będąc dzieckiem słuchałem płyt z kolekcji kuzyna, był tam Genesis, Pink Floyd i czułem, że oni coś wiedzą, znają tajemnicę dla mnie niedostępną, są czarodziejami. Dorastając odkrywałem na przykład Coil i wówczas miało to samo odczucie. Muzyka jest jak ziarno, które potrzebuje wody żeby wzrastać. W niej odnalazłem zaułki, do jakich mnie ciągnęło. A później połączyłem się z dźwiękiem i zacząłem rozkwitać wespół z nim. Kiedy pracuję nad solową formą wypowiedzi zawiązuję z muzyką pakt o braku kontroli. Nie bez przyczyny mój album zatytułowany jest Our Forgotten Ancestors. Lata temu żyliśmy w lasach bądź górach, w chatach o gołych ścianach, bez ogrzewania, w odosobnieniu. Zacząłem czuć tę muzykę we wnętrzu, był tam flet i orkiestra, kiedy zaakceptowałem, iż takie dźwięki przeze mnie przemawiają przełożyło się to na ich mnogość. Tworzyłem całymi nocami, pomysły wylewały się ze mnie. Moment, w którym był to zanegował i dopuścił do siebie myśl, że powinienem jedynie grać w ZU na przesterowanym basie, gdyż to moje przeznaczenie, byłby ostatnim, skończyłbym bez niczego, bez zespołu i bez krążka solowego. Na Ferrum Sidereum nie ma nic, co pochodziłoby z głowy, wszystko pochodzi ze spotkania w sali prób, kiedy odpalamy silniki, a po chwili samoczynnie wychodzi coś, co zadziwia nas samych. Prawdziwe podążanie za dźwiękiem w bardzo medytacyjnym ujęciu. Zaczarowana transformacja w stronę muzyki. I nie mówię tego z pozycji muzyka, ale słuchacza, fana muzyki, który potrafi się niej zatracić bez wyjątku.

Posłuchaj: https://zuband.bandcamp.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *