Nie ma innej drogi
Dzień przed spotkaniem z Pro-Pain odwiedziłem dom rodzinny, gdzie znajduje się część kasetowej kolekcji, po otworzeniu jednej z szuflad, w oczy rzuciło się pirackie wydanie debiutanckiego Foul Taste Of Freedom. Momentalnie wiedziałem, iż mam już prezent powitalny dla Gary Meskila. Miałem to szczęście i radość, że dołączył do nas również Eric Klinger. O wspomnianej taśmie i kulturze bootlegów zaczęliśmy rozmawiać zanim jeszcze włączyłem nagrywanie, ale w którymś momencie trzeba było zacząć rejestrować, nawet tę niezobowiązującą część pogawędki.
W Polsce, szczególnie w latach 80. i 90., muzyka często krążyła poza oficjalnym obiegiem. Jak patrzycie dziś na zjawisko bootlegów?
GM: W Polsce sytuacja z przelicznikiem waluty była kiedyś całkowicie niestabilna, więc praktycznie nie dało się na tym zarobić. Ludzie robili to sami z siebie, po prostu z potrzeby obcowania z muzyką.
EK: Pamiętam, jak byłem w Belgradzie i widziałem bootlegi sprzedawane przed miejscem, w którym graliśmy.
GM: Uwielbiam takie sytuacje. To znak, że masz fanów w miejscach, w których nawet się ich nie spodziewałeś.
EK: Poza tym, jeśli takich nagrań nie ma, ludzie często w ogóle nie mają dostępu do muzyki. Jako wytwórnia, czy artysta i tak nie zobaczysz z tego pieniędzy, więc ważniejsze jest, by muzyka po prostu trafiała do ludzi.
GM: Wytwórnia i tak nas oskubie. Nie zrobi dla nas nic szczególnego.
Taka jest natura biznesu. Niektóre zespoły wstydzą się bootlegów, bo nie oddają odpowiedniej jakości nagrania. Dla mnie najważniejsze jest to, że fani mają możliwość posłuchania muzyki, nawet jeśli jest nagrana na takiej kasecie.
GM: Kiedy byłem młodszy, miałem tysiące kaset. Mój ojciec miał ich dziesiątki tysięcy. To niewiarygodne. Większość z nich nie przetrwała, bo były po prostu intensywnie używane.
EK: Właśnie dzięki temu muzyka hardcore’owa i punkowa rozprzestrzeniała się w latach 90. Przegrywaliśmy kasety z kaset, a potem kolejne kopie tych kopii. Inaczej nikt by tego nie usłyszał.
GM: Od tego wszystko się zaczęło. Hardcore, metal i rap rozwijały się dzięki wymianie kaset. To bardzo ważna część undergroundowej kultury.
Do dziś mam mnóstwo kaset, zarówno oryginałów, jak i kopii. Po pierwsze, kasety brzmią lepiej niż płyty CD. Kiedy włączasz kasetę, słyszysz charakterystyczny szum. Przy CD jest cisza. Odtwarzanie kasety przypomina słuchanie winyla – jest szum i analogowe brzmienie.
EK: I to jest właśnie przyjemne dla ludzkiego ucha. Czytałem kiedyś badania, z których wynikało, że szum taśmy jest odbierany przez nasz słuch jako przyjemny element muzyki. Kiedy pojawiły się płyty CD, było to coś nowego i ekscytującego, ale bardziej jako ciekawostka technologiczna. Nie słuchałem płyty CD od co najmniej dwudziestu lat. Dziś, jeśli już czegoś słucham, to raczej winyli albo po prostu muzyki z telefonu, na słuchawkach.
Kasety są dziś niemal tak drogie jak winyle. Dosłownie odrobinę tańsze.
GM: Niedawno słuchaliśmy nowego wydania winylowego Stone Cold Anger. Wyszło naprawdę dobrze i świetnie brzmi.
EK: Zawsze się trochę boję, szczególnie kiedy samemu zajmujesz się masteringiem. Możesz zaufać tłoczni czy producentowi, ale i tak masz poczucie, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to twoja wina. Nigdy nie wiesz, jaki będzie efekt końcowy, dopóki nie dostaniesz gotowego produktu. Kiedy ktoś inny masteruje twoją muzykę, pojawia się inny rodzaj obaw. Przez cały proces dopracowujesz brzmienie dokładnie tak, jak chcesz, a potem przychodzi moment, w którym myślisz: Nie chcemy już nic zmieniać. Jeśli wyślesz materiał komuś z zewnątrz, nigdy nie wiesz, co dostaniesz z powrotem. Nagle okazuje się, że trzeba poprawić to albo tamto i zaczyna się niekończąca wymiana uwag. Ja bardzo łatwo wychwytuję błędy. Problem w tym, że kiedy usłyszysz coś pięć czy sześć razy, zaczynasz się do tego przyzwyczajać i przestajesz zauważać problem. Dlatego dobrze jest mieć obok siebie kogoś, kto spojrzy na wszystko świeżym uchem. Dla mnie taką osobą jest Gary. Potrafi wychwycić rzeczy, których nikt inny nie słyszy. Każdy ma swoje metody kontroli jakości. Gary, na przykład, wychodzi do drugiego pokoju i od razu słyszy, kiedy w nagraniu jest za dużo kompresji.

photo by: Pro-Pain
Wszyscy jesteśmy już w średnim wieku i nie ma co do tego wątpliwości. Gdybym miał trzydzieści lat, prawdopodobnie potraktowałbym tę rozmowę jak kolejny punkt do odhaczenia na liście. Teraz, mając 48 lat, cieszę się na nią jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Kiedy powiedziałem znajomemu o naszym możliwym spotkaniu, usłyszałem: Wow, spotkasz prawdziwą legendę hardcore’u. Siedzimy tutaj i rozmawiamy, prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni w życiu, bo zapewne już nigdy nie zobaczymy się osobiście. Czy potraficie doceniać takie małe momenty?
GM: Tak. Każdy koncert jest wyjątkowym momentem w historii zespołu. Nieważne, czy jest świetny, czy niedoskonały – zawsze jest to chwila, która już się nie powtórzy. Bardzo często jest to też coś wyjątkowego dla fanów. Zawsze cieszymy się, kiedy możemy przyjechać do miejsc oddalonych od domu. Byliśmy tu wcześniej, ale minęło już wiele lat. Naturalnie więc cieszyliśmy się na ten przyjazd i wreszcie tu jesteśmy. Nie możemy się doczekać koncertu.
Niedawno zagraliście kilka koncertów halowych z Böhse Onkelz, zauważyłem też, że inne wasze występy były bardzo dobrze frekwencyjnie. Czy Pro-Pain przeżywa obecnie kolejny szczyt popularności?
GM: Myślę, że przez lata popularność zespołu przechodziła wzloty i upadki. To trochę jak jazda kolejką górską. Być może rzeczywiście obserwujemy teraz pewnego rodzaju odrodzenie, bo gramy sporo prestiżowych koncertów. Tak jak wspomniałeś – występy z Böhse Onkelz to nie jest coś, co zdarza się codziennie. To wyjątkowe wydarzenia. Oczywiście nie przypisujemy sobie zasługi za zapełnianie stadionów. Po prostu cieszymy się, że możemy być częścią takich imprez. To naprawdę świetne doświadczenie. Mimo wszystko Pro-Pain jest zespołem klubowym – właśnie tam czujemy się najbardziej u siebie. Kiedy trafiamy do większego otoczenia, jest to coś wyjątkowego i bardzo fajnego, ale niezależnie od wielkości sceny zawsze pozostajemy tym samym zespołem.
Nagraliście siedemnaście albumów studyjnych, w tym płytę z coverami i album koncertowy. To naprawdę imponujący dorobek. Czy da się jeszcze pamiętać wszystkie te płyty, utwory, sesje nagraniowe?
GM: Do pewnego stopnia tak. Nie powiedziałbym, że pamiętam każdy szczegół, ale kiedy myślę o konkretnym albumie, wracają określone wspomnienia. Najczęściej są to zabawne sytuacje, bo właśnie takie momenty zostają w pamięci najdłużej.
EK: Odkąd wróciłem do zespołu, przesłuchałem wszystkie albumy i przećwiczyłem praktycznie każdy utwór. Czasami trafiałem na piosenkę i myślałem: Cholera, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej słyszał ten numer. Nawet jeśli pochodził z Prophets of Doom. Nie pamięta się każdej piosenki, ale z każdym albumem wiążą się jakieś konkretne wspomnienia. Myślisz wtedy: Ach tak, pamiętam tę sytuację. Zwykle są to śmieszne historie, chwile spędzone przy drinku, wspólne słuchanie nagrań albo momenty, kiedy ktoś rozwalał gitarę ze złości. Każda płyta pozostawia po sobie jakiś ślad.
Mam podobnie, gdy słucham waszych dwóch pierwszych albumów. Natychmiast wracam myślami do swoich nastoletnich lat i do emocji, które wtedy mi towarzyszyły.
EK: To był czas większej niewinności.
GM: Dwa pierwsze albumy nagraliśmy w nowojorskim Pyramid Studio z Alexem Perialasem, znanym z pracy przy wcześniejszych płytach Testament, Anthrax czy S.O.D. Były to bardzo interesujące produkcje. Spędziliśmy w studiu mnóstwo czasu przy obu płytach. Mieliśmy prawdziwy budżet nagraniowy i wykorzystaliśmy go do ostatniego centa. Te płyty sprawiły, że staliśmy się prawdziwym zespołem, z perspektywą na długą karierę. Dlatego do dziś są uznawane są za klasykę. To one utorowały drogę kolejnym dekadom działalności.
Czy już wtedy myśleliście o tym, że muzyka stanie się waszym sposobem na życie?
GM: Wiedzieliśmy, że nie wystarczy nagrać album, który spodoba się ludziom. Trzeba było jeszcze go odpowiednio promować. Dlatego ruszyliśmy w trasę i graliśmy po 250 – 300 koncertów rocznie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli chcemy zostać zawodowymi muzykami, musimy właśnie tak postępować. Oczywiście można było grać mniej i jednocześnie pracować na etacie, traktując muzykę jako hobby. Ale jeśli naprawdę chciałeś coś osiągnąć – szczególnie w undergroundzie, w którym działaliśmy – musiałeś poświęcić się temu całkowicie. Dać z siebie sto procent. Wiedzieliśmy, że nie ma innej drogi i właśnie dlatego tak zrobiliśmy. Nigdy nie było łatwo.
EK: Myślę, że jest jeszcze jeden ważny element. Widzisz zespoły, które grają dwieście koncertów rocznie, ale nie mają prawdziwego wsparcia ze strony wytwórni. Nie chodzi nawet o to, że wytwórnia finansuje trasy, ale o to, że pomaga sprzedawać płyty i sprawia, że są one dostępne dla ludzi.
GM: Doskonałym przykładem jest Hemlock.
EK: Dokładnie. Oni funkcjonują w ten sposób od dwudziestu lat.
GM: Mam dla nich ogromny szacunek, bo wciąż funkcjonują według starych zasad. Rok po roku. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek grali mniej, niż dwieście koncertów rocznie.
EK: Ale jeśli nie masz wsparcia dobrej wytwórni i odpowiedniej dystrybucji, wiele z tego wysiłku idzie na marne.
GM: Dokładnie. Oni robili to wszystko bez pomocy wytwórni, co jest wręcz niewiarygodne. To prawdziwie oldschoolowe podejście. Są zespoły, które nadal działają w ten sposób i uważam, że to bardzo fajne.
Voice of Rebellion zostało odebrane jako powrót zespołu do dawnej formy. Czy wydanie Stone Cold Anger po ponad dekadzie przerwy jest dla was bardziej nagrodą czy raczej ulgą, że album w końcu ujrzał światło dzienne?
EK: Dla mnie to była nagroda. Dla ciebie pewnie bardziej ulga.
GM: Myślę, że po trochu jedno i drugie. Zawsze chciałem nagrać nową płytę wcześniej. Nigdy nie planowaliśmy robić przerwy trwającej dziesięć, czy jedenaście lat. Tak po prostu wyszło. Wiedziałem jednak, że kiedy w końcu coś wydamy, musi to być materiał, pod którym możemy się bez wahania podpisać. Zwłaszcza po tak długiej przerwie nie można wypuścić albumu, do którego samemu nie ma się pełnego przekonania. Jeśli ludziom się spodoba – świetnie. Jeśli nie, przynajmniej wiesz, że dałeś z siebie wszystko. Najważniejsze jest to, żeby móc spojrzeć na ten album i powiedzieć: Tak, w pełni go popieram. W naszym zespole każdy ma trochę inny gust muzyczny. Każdy ma też swoje ulubione utwory na tej płycie i rzeczy, które szczególnie w niej ceni. Uważam, że to bardzo dojrzały album. Łatwo byłoby powiedzieć: Wróciliśmy do korzeni i na tym zakończyć temat. Oczywiście jest w tym trochę prawdy, ale nie do końca. Pojawiają się też nowe elementy, nowe pomysły i nowe przestrzenie brzmieniowe. Mam wrażenie, że ten album zatacza pełne koło i bardzo dobrze podsumowuje całą naszą dotychczasową karierę.
Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu Stone Cold Metal było takie, że to album, który nie musi już niczego nikomu udowadniać. Nie musi być najcięższą ani najszybszą płytą Pro-Pain. Mogą się na nim znaleźć utwory takie jak Uncle Sam Wants You!czy Sky’s The Limit, ale to wciąż Pro-Pain. Jak dla mnie Pro-Pain nigdy nie był w stu procentach zmaskulinizowanym, hardcore’owym zespołem. Już na pierwszej płycie były dęciaki, hardrockowe riffy i chwytliwe melodie – zresztą jak na każdej waszej płycie.
EK: Wszyscy jesteśmy muzykami. Może nie jakimiś wybitnie utalentowanymi wirtuozami, ale lubimy prawdziwą muzykę. Dlatego zawsze będą się u nas pojawiać elementy muzykalności. To nie będzie po prostu, jak powiedziałeś, czysto „męskie granie”.
GM: Wywodzę się z hardcore’u lat 80. A wtedy hardcore był czymś znacznie bardziej różnorodnym, szczególnie pod względem muzycznym. Mogłeś być trochę punkowy, mieć kilka metalowych zagrywek i i nadal być częścią hardcore’u. Później jednak wszystko się zmieniło i w latach 90., szczególnie pod ich koniec, jeśli nie wyglądałeś w określony sposób albo nie brzmiałeś w określony sposób, to nie byłeś hardcore’owcem. Ale dla mnie to nie jest hardcore. To wręcz zaprzeczenie tego, czym hardcore powinien być. Dlatego nadal piszę utwory w duchu starej szkoły. Jeśli słyszę gdzieś sekcję dętą i uznaję: Dlaczego by tego nie wykorzystać? to po prostu ją dodajemy. Różne pomysły są mile widziane. Foul Taste of Freedom zapoczątkowało właśnie takie podejście w Pro-Pain.
Co według was sprawiło, że Pro-Pain był wyjątkowym zespołem na scenie hardcore? Właśnie ta różnorodność?
EK: Wkurzają mnie strażnicy moralności, ludzie którzy próbują wyznaczyć granice i mówić: Jedynie to jest hardcore’owe. Pro-Pain zawsze był na tyle różnorodny, że nie dało się nas ciasno zamknąć w konkretnej szufladce. I myślę, że to jest wyjątkowe. Bardzo wyjątkowe.
GM: Istnieje mnóstwo zespołów, które wiernie trzymają się starego, klasycznego hardcore’u. I to jest świetne. My po prostu robimy rzeczy po swojemu. Zawsze tak było. Dlatego trochę przypominamy czarną owcę tej sceny.

Nadal jesteście aktywną częścią tej sceny? Nie jako muzycy, bo to oczywiste, ale jako słuchacze. Chodzicie na koncerty, śledzicie scenę, słuchacie hardcore’u?
EK: Kiedyś tak, ale teraz, gdy jestem starszy, praktycznie w ogóle nie słucham muzyki. A jeśli już coś włączam, są to raczej spokojniejsze rzeczy, na przykład Prince.
GM: U mnie wszystko zależy od nastroju. Jeśli mam odpowiedni humor, słucham cięższych rzeczy. A przez cięższe rzeczy mam na myśli głównie to, na czym się wychowałem, staroszkolny hardcore: Sick Of It All, Agnostic Front, Negative Approach, Minor Threat. Wszystko ma swój czas i miejsce. Jeśli organizuję imprezę, mogę puścić Black Flag, ale na co dzień lubię też, jak Eric mówił, spokojniejsze rzeczy, muzykę do relaksu.
EK: Wolę zachować swoją złość na potrzeby twórcze.
GM: Słucham też łagodniejszych rzeczy, jak Dead Kennedys czy Acid Bath. Po prostu kocham muzykę. Gatunek nie ma dla mnie znaczenia. W każdym potrafię znaleźć coś, co mi się podoba. Mogą to być Eagles, Boston, Styx, Rolling Stones czy Elvis Presley. Lubię wszystko.
Zastanawiałem się, czy w świecie twardego, męskiego hardcore’u, zwłaszcza nowojorskiego hardcore’u, było miejsce na wrażliwość?
GM: Nie wiem. Ta scena ciągle osiąga nowe, zaskakujące poziomy. Choć nadal jest bardzo żywa, staje się dla mnie coraz bardziej obca. Dzisiejsze moshpity są naprawdę niebezpieczne. Patrząc z boku, mam wrażenie, że dla wielu młodych ludzi to sposób na wyładowanie agresji – niemal w brutalny sposób.
EK: Też to zauważyłem. Czasem wygląda to tak, jakby ludzie przyszli się po prostu bić. Jakby chcieli kogoś skrzywdzić.
GM: Mój siostrzeniec poszedł na swój pierwszy koncert hardcore’owy i dostał z półobrotu tak mocno, że stracił ząb. Pomyślałem sobie: O kurwa, to jest beznadziejne. Jesteś nastolatkiem, wracasz do domu bez zęba. O co w tym chodzi? Totalnie zjebana sprawa.
EK: To po prostu inna scena. Dzisiejszy pit bardzo różni się od tego, jaki był w latach 80. i od tego, który pamiętam z lat 90.
GM: Kiedy moje dzieci zaczęły chodzić na koncerty, mówiłem im: Trzymajcie się z dala od tego szaleństwa. Nie chciałem, żeby coś im się stało.
EK: Czy jest miejsce na wrażliwość? W mojej głowie oczywiście, że tak. Ale nie wiem, czy zgodziliby się z tym ci wszyscy strażnicy sceny, ludzie rządzący „wyspą hardcore”.
GM: Hardcore zawsze był przede wszystkim sposobem myślenia. A ten sposób myślenia się zmienił.
EK: To prawda. Zmieniła się też mentalność całego społeczeństwa, więc jedno idzie w parze z drugim.
GM: To już nie jest tak autentyczne jak kiedyś. Tego właśnie mi brakuje. Gdybym miał wskazać swoją ulubioną dekadę w hardcorze – a siedzę w tym od kilku dekad – byłyby to lata 80. Było w nich coś magicznego. Trudno to opisać. Scena była niesamowicie otwarta. Każdy, kto grał własną undergroundową muzykę, był akceptowany. Powstawało mnóstwo świetnych zespołów z różnych środowisk. Weźmy Beastie Boys, którzywyrośli z tej sceny, a potem stali się czymś zupełnie innym, ale ich korzenie tkwią właśnie w hardcorze lat 80. To chyba najlepszy przykład tego, o czym mówię.
Kiedy chodzę na małe koncerty hardcore’owe w Szczecinie, uwielbiam ten moment, gdy publiczność całkowicie szaleje. Widziałem sytuacje, gdy nastolatkowie i facet po pięćdziesiątce moshowali obok siebie. Dla mnie to najlepsza część koncertu. A co dla was sprawia, że koncert jest wyjątkowy i magiczny?
GM: Dla mnie najważniejsze jest widzieć ludzi, którzy dobrze się bawią. Nie ma znaczenia, czy biegają w circle picie, skaczą, czy po prostu stoją i słuchają muzyki. Widać to po ich twarzach. Pamiętam festiwal w Polsce, na Mazurach. Na koncert przyszedł burmistrz miasta. Facet miał, moim zdaniem, około siedemdziesięciu kilku lat i był ubrany w garnitur. I nagle znalazł się w środku moshu. Wszyscy tańczyli wokół niego. Gdzieś na YouTubie jest nawet filmik z tego wydarzenia. Ten gość tańczył sobie, a wszyscy wokół się uśmiechali. To jeden z tych obrazów, które na zawsze zostają w pamięci. Prawdopodobnie przed koncertem nie wiedział nawet o istnieniu Pro-Pain, ale muzyka dała mu tyle energii, że bawił się najlepiej ze wszystkich.
Ten facet przyszedł tylko odebrać córkę z koncertu. Stał z boku, obserwował wszystko, ubrany w krawat. Chwilę później miał ten krawat zawiązany na głowie i kompletnie oszalał. Pomyślałem wtedy: Co tu się właśnie dzieje?
GM: Skoro już jesteśmy przy takich historiach, mam naprawdę zabawną. To było chyba około 2001 roku. W czasach, gdy w Europie wciąż można było znaleźć budki telefoniczne. Byliśmy wtedy w mieście niedaleko Frankfurtu. Przed koncertem poszedłem z niej zadzwonić. W środku był mężczyzna w turbanie, wyglądał na Sikha. Obok czekał jeszcze jeden Hindus. Kiedy tamten skończył rozmowę i wyszedł, powiedział: Gary Meskill! Nie mogłem uwierzyć, że wie, kim jestem. Długi biały broda, turban, jasne lniane ubrania. Przedstawił się: Nazywam się Singh. Pogadaliśmy chwilę i powiedział: Przyjdziemy dziś na koncert. Odpowiedziałem, żeby poczekał, aż skończę rozmowę i pójdziemy razem do klubu. Podczas koncertu był oczywiście w samym środku pitu. W pewnym momencie spadł mu turban. Ludzie zaczęli przerzucać go sobie nad głowami, a materiał rozwijał się jak rolka papieru toaletowego. Pomyślałem: O cholera… Po koncercie podchodzę do stoiska z merchem, a on stoi tam bez turbanu. Mówię: Przykro mi z powodu turbanu. A on odpowiada: Gary, nie martw się. Mam zapasowy w schowku samochodu. Takie właśnie historie zostają człowiekowi w głowie. Te rzeczy, których najmniej się spodziewasz. To sprawia, że koncert nie jest po prostu kolejnym koncertem. Dzisiaj wszyscy mówią o gościu w kostiumie banana. To coś w tym stylu.
Tak, tak. Banana Man – jest sławny.
GM: Za kilka tygodni gramy na Obscene Extreme w Czechach. Pomyślałem, że może któryś z nas powinien wystąpić w kostiumie banana.
EK: Ja chciałbym taki wielki kostium dinozaura. Wiecie, taki nadmuchiwany, gdzie patrzy się przez małe okienko na wysokości klatki piersiowej. To byłoby genialne. Naprawdę zabawne.
Czy akceptujecie wszystkie decyzje, jakie podjęliście w przeszłości – zarówno te muzyczne, jak i biznesowe?
GM: Tak. W pewnym sensie musisz je zaakceptować. Oczywiście, patrząc z dzisiejszej perspektywy, są rzeczy, które zrobiłbym inaczej, ale tak działa życie. To proces, nieustanna nauka. Człowiek uczy się na własnych doświadczeniach. Jestem dumny z wielu decyzji, które podjęliśmy po drodze i z płyt, które nagraliśmy. To właśnie one doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy dziś. Dlatego jesteśmy wdzięczni za to, że mogliśmy istnieć jako zespół przez tyle lat.
Czytając notkę prasową do Voice of Rebellion, natrafiłem na zdanie: Gary Meskil, mózg zespołu, jest idealistą zarówno w muzyce, jak i polityce. Nie masz wrażenia, że idealizm stał się dziś pewnego rodzaju iluzją? Sam przez pewien czas utożsamiałem się z anarchistycznym sposobem myślenia, ale po latach doszedłem do wniosku, że anarchia jest raczej utopią, niż realną drogą.
GM: Jako autor tekstów muszę bardzo uważać, żeby nie przekroczyć granicy między idealizmem a moralizowaniem. Nigdy nie było moim celem wpływanie na sposób myślenia innych ludzi. Dlatego staram się zachować równowagę. Piszę o własnych przekonaniach i doświadczeniach. Jeśli ktoś odnajduje w nich coś bliskiego sobie, to świetnie. Ale nie mówię nikomu, jak powinien żyć. Myślę, że właśnie na tym polega prawdziwa więź między zespołem a słuchaczem. Fan nie identyfikuje się wyłącznie z muzyką, ale także z tym, co za nią stoi i co jest w niej przekazywane. To dopiero tworzy pełny obraz. Dla mnie ciężka muzyka nie sprowadza się wyłącznie do brzmienia. Oczywiście, dźwięk jest ważny, ale jeśli teksty są słabe, to trudno mi uznać taki zespół za naprawdę ciężki. Możesz mieć potężne riffy i agresywne brzmienie, ale to nie wystarczy. Liczy się całość.
EK: To trochę tak, jakby patrzeć na obraz i powiedzieć: Kolory są świetne, ale reszta już mnie nie przekonuje.
GM: Wiele zespołów jest naprawdę ciężkich, choć niekoniecznie w sensie czysto muzycznym. Zawsze uważałem Acid Bath za niezwykle ciężki zespół. Owszem, potrafili brzmieć bardzo agresywnie, ale nawet ich spokojniejsze utwory miały ogromny ciężar emocjonalny. Wszystko dzięki tekstom, które były niezwykle sugestywne i artystyczne. Jest wiele takich zespołów. Dla przeciętnego słuchacza nie będą one „ciężkie”, ale dla mnie zdecydowanie są.
EK: Masz rację z Acid Bath. Dawno o nich nie myślałem, ale kiedyś naprawdę ich uwielbiałem.
GM: Wrócili.
EK: Naprawdę? Nie wiedziałem. To świetna wiadomość. Wyprzedają koncerty?
GM: Tak.
EK: A Sammy nadal jest w składzie?
GM: Tak.
Jak wygląda waszym zdaniem amerykański sen?
GM: To pojęcie, które słyszymy przez całe życie. George Carlin powiedział kiedyś, że trzeba spać, żeby w niego wierzyć. I coś w tym jest. Mam wrażenie, że przez dekady reszta świata była zachęcana do pogoni za amerykańskim snem. Stany Zjednoczone sprzedawały swój wizerunek poprzez muzykę pop, kulturę masową, Levi’sy, Chevrolety czy hamburgery. I nie ma w tym nic złego, ale kiedy spojrzymy wstecz, wiele społeczeństw funkcjonowało lepiej kilkadziesiąt lat temu niż dziś. Myślę, że popkultura częściowo przyczyniła się do pewnego społecznego regresu. Kiedy słyszę określenie „amerykański sen”, automatycznie stawiam na końcu znak zapytania.
EK: Polska znajduje się dziś w dość interesującym miejscu. Z jednej strony widać wpływy amerykańskiego liberalizmu, z drugiej pozostały pewne elementy bardziej konserwatywnego, postsowieckiego spojrzenia na świat. W mojej opinii ważne jest zachowanie pewnej równowagi i zdrowego dystansu wobec skrajnego liberalizmu, żeby społeczeństwo nie traciło kontroli nad własnym kierunkiem rozwoju. Patrząc z zewnątrz, mam wrażenie, że Polska w ostatnich latach całkiem dobrze sobie z tym radziła. Moim zdaniem właśnie w tym miejscu amerykański sen zaczął się rozpadać – zarówno przez skrajnie lewicową odmianę liberalizmu, jak i przez niekontrolowany liberalizm gospodarczy. Dziś żyjemy w rzeczywistości, w której ludzie i korporacje potrafią zabierać pieniądze tylko dlatego, że mogą, nie oferując niczego w zamian. Dlatego uważam, że amerykański sen dawno przestał istnieć.
Mój blog nazywa się Podążanie Za Dźwiękiem. Co to dla was oznacza?
EK: Dla mnie oznacza podążanie za wibracją. Jeśli coś cię porusza, idź za tym. Kiedy piszę muzykę i pojawia się jakiś pomysł, który wywołuje we mnie emocje, pozwalam mu się rozwijać. To trochę jak surfowanie na fali – dajesz się ponieść temu, dokąd cię zaprowadzi.
GM: Dźwięk wyznacza nie tylko teraźniejszość, ale również najbliższą przyszłość. Kiedy nagrywamy nową płytę, przez kolejne lata żyjemy właśnie nią: koncertujemy, promujemy ją i funkcjonujemy wokół niej, aż pojawi się coś nowego. To pytanie często pojawia się przy okazji nowych wydawnictw: Czy to już ostatni album Pro-Pain? Mieliśmy długą przerwę, ale mamy nadzieję jeszcze coś nagrać. Niekoniecznie kolejny pełnowymiarowy album. Być może będzie to EP-ka, bo właściwie nigdy wcześniej takiej nie wydaliśmy. Praca nad dużą płytą to ogrom czasu, wysiłku i emocji. Dochodzą teledyski, promocja i cała masa rzeczy, które ciągną się miesiącami. Dlatego jeśli mielibyśmy wydać coś już w przyszłym roku, bardziej prawdopodobna wydaje się EP-ka. Wiem, że wytwórnia nie będzie zachwycona, bo firmy fonograficzne zwykle nie przepadają za tym, ale będą musieli się z tym pogodzić. Zawsze robiliśmy to, na co sami mieliśmy ochotę. W zespole pojawiają się już rozmowy o tym, co mogłoby wydarzyć się po tegorocznej trasie. Zobaczymy, dokąd zaprowadzi nas ten dźwięk i jak rozwiną się te pomysły.
Posłuchaj: https://pro-pain.bandcamp.com
